Trubadur 1-2(26-27)/2003  

Daniel Borowski perfekcyjnie śpiewa belcanto
Relacja z Normy Belliniego w Minneapolis

Na światowym nieboskłonie gwiazd opery Daniel Borowski świeci coraz jaśniejszym blaskiem. Jego potężny głos w rzadki sposób łączy ciemną barwę z niesamowitym blaskiem, zniewala urodą dźwięku. Czystą rozkoszą jest słuchanie doskonałego skupienia w górze, okrągłego brzmienia w średnicy i głębokich dołach. Wyrównanie we wszystkich rejestrach przy zachowaniu idealnego legato i wypolerowanej artykulacji dźwięku można uosobniać z najwyższym pięknem. Do takich wniosków doszedłem po zobaczeniu świetnego Polaka zaledwie w pięciu partiach. Były nimi: Ferrando (1996), Colline (2000), Timur (2002), Don Basilio (2002) i Orowist (2003).

Z tym artystą spotkałem się w Minneapolis. Na miejsce rozmowy wybraliśmy Pub przy 1 St. Usiadłem ze szklaneczką piwa Amstel, podczas gdy pan Daniel sączył wodę mineralną (nie pije napojów alkoholowych, gdy ma śpiewać). Przy dość hałaśliwej muzyce wybitnemu śpiewakowi zadałem pytanie o najbliższe plany. Mój rozmówca w tej kwestii okazał się bardzo wstrzemięźliwy. Jak twierdzi, nie lubi niczego zapeszać, ale kalendarz występów do 2006 roku ma dość szczelnie wypełniony. Podpisał kontrakty na występy w New York City Opera (La Boheme – Colline i Lucia di Lammermoor – Raimondo), Bostonie (Rigoletto – Sparafucille), Los Angeles (Faust – Mefistofeles), Angers i Nantes (Norma – Orowist), San Francisco (Makbet – Banko i Missa solemis), Houston (Il Trovatore – Ferrando i Czarodziejski flet – Sarastro), San Diego (Don Carlos). Z ciekawszych wyjazdów do Europy należy wymienić powrót do weneckiej La Fenice na koncertowe wykonania Christ on the Mount of Olives. Młody Polak obecnie mieszka w Nowym Jorku. Odniosłem wrażenie, że prywatnie jest człowiekiem bardzo wyciszonym.

Miasto Minneapolis w stanie Minnesota przeciętnemu polskiemu melomanowi kojarzy się jedynie z nazwiskiem Skrowaczewskiego. Nawet nie marzyliśmy, że polskie akcenty, a właściwie talenty zabłysną w Ordway Center Saint Paul. Lecz w bieżącym sezonie 2002-3 mieliśmy w Minneapolis aż dwa wydarzenia z polskim rodowodem. Pierwszy z nich to recital supergwiazdy światowej wokalistyki Ewy Podleś 22 listopada 2002. Nie byłem tego świadkiem, mimo, że moja podróż za ocean jest związana z chęcią zapoznania się z tym, jak amerykańska publiczność reaguje na kreacje polskich gwiazd. Natomiast miałem niewątpliwą przyjemność obejrzeć dwa spektakle opery Norma z udziałem Daniela Borowskiego. The Minnesota Opera swoją siedzibę ma w Minneapolis, lecz większość spektakli gra w nowoczesnym i gustownym gmachu Ordway Center for the Performing Arts sąsiedniego (za Mississippi) Saint Paul. W tym miejscu spędziłem dwa urocze wieczory 30 stycznia i 1 lutego 2003 r.

Na godzinę przed każdym przedstawieniem w holu teatru odbywa się koncert tematycznie związany z granym spektaklem. Dyrektor artystyczny Dole Johnson nie tylko mówił o kompozytorze i o Normie, ale i akompaniował solistom. Byli nimi dublerzy głównych wykonawców. Tej praktyce należy się uznanie, bowiem na każdym spektaklu – w przypadku nagłej niedyspozycji solisty – jest inny śpiewak gotowy do natychmiastowego zastępstwa. Jedyną różnicą w porównaniu z Met czy NYCO, jaką zauważyłem, jest to, że w The Minnesota Opera kowerzy śpiewają w chórze lub mniejsze partie, a w Met i NYCO tylko są na miejscu. Posiadająca polskie korzenie mezzosopranistka Anna Jablonski wprawdzie nie władała językiem przodków, lecz rozporządzała pięknie prowadzonym mezzosopranem. W recitativie Adalgisy Scombra e la sacra selva oraz w duecie z Normą (Karin Wilverton) Mira, o Norma oraz w tercecie z Pollionem Ma di' l’amato giovane pokazała duży talent wokalny. W partii Polliona przedniej jakości tenorowy głos pokazał Daniel Montenegro. Ten młody, zaledwie 23-letni artysta o twarzy cherubinka wybornie zaśpiewał cabalettę Me protege, me difendo un. Fascynował w niej, podobnie jak w tercecie, zmysłowością i dramatycznym zacięciem. Urzekał interpretacją pełną młodzieńczej żarliwości. W poprzednim sezonie debiutował na scenie Lyric Opera San Francisco jako Pinkerton w Madame Butterfly. Montenegro jest tenorowym objawieniem i niebawem powinniśmy o nim usłyszeć wiele dobrego.

Realizatorzy omawianej produkcji stworzyli spektakl miły i łatwy w odbiorze. Wprawdzie reżyseria pani Casey Stangl nie należała do wyszukanych, miejscami była statyczna, ale logiczna i bez udziwnień. Ruch sceniczny pokazywał, jak zmieniają się sytuacje między bohaterami. Wielce pomocną rolę pełniła tu oprawa scenograficzna i piękne kostiumy projektu Jamesa Scotta przenoszące widza w klimat antycznej epoki. Wszyscy artyści po scenie chodzili boso.

Jednak w operze, będącej syntezą chyba wszystkich dziedzin sztuki, najważniejsza pozostaje warstwa muzyczna. Ona została powierzona sprawnej batucie maestro Johna Keenana. Już od pierwszych taktów uwertury było wiadomo, że poziom spektaklu dobrze się zapowiada. Muzyczna koncepcja dyrygenta biegła w kierunku nadania muzyce lekkości i wdzięku. Nie szukając zewnętrznych muzycznych efektów, zadbał o tempo akcji.

Odtwórczyni partii Normy Brenda Harris jest śpiewaczką o wielkiej muzykalności i fenomenalnej technice wokalnej, jednak barwa jej głosu w najwyższych dźwiękach była rażąco brzydka, ostra i niemal skrzecząca. Choć przyznać trzeba, że śpiewała czysto i dobrze grała swoją rolę. W Normie dominują dwie postacie kobiece. Drugą jest Adalgisa, którą świetnie wykonywała Monica Colonna. Obie artystki doskonale się rozumiały w duetach, w Deh! Con te i Mira, o Norma dały popis wysokiej jakości. Równie przekonująco w partii Klotyldy wypadła Karin Wolverton. (Na koncercie śpiewała Casta Diva). W tenorowej partii Polliona przedstawił się Antonio Nagore, mający duże kłopoty w wysokim rejestrze. O wiele korzystniej jako Flavio zaprezentował się Daniel Montenegro. W wybornej aktorsko interpretacji ukazał wielki talent sceniczny. Młody amerykański tenor w Normie miał do śpiewania zaledwie 45 taktów, ale i w nich ujawnił piękny głos i charyzmatyczny młodzieńczy wigor.

Na koniec relacji pozostawiłem omówienie solisty, który pierwszy pojawia się na scenie, jest nim mianowicie Orowist, kapłan, przywódca wojaków i ojciec Normy. W tej roli wielowymiarową kreację stworzył Daniel Borowski. Rzadko osobowość człowieka tak odzwierciedla się w jego kreacjach scenicznych. Swoją grą nie rozwiewał scenicznej iluzji, której wywołanie zawsze było celem konserwatywnego teatru operowego. Dał tym wyraz najpiękniejszego smaku artystycznego. Już w drugiej połowie uwertury na scenę wchodzi chór męski. Zaczyna się tworzyć klimat przedstawienia. W cavatinie Ite sul colle, o Druidi Orowist każe Druidom pójść na wzgórze, spoglądać w niebo dla ujrzenia nowego księżyca i zobaczyć, czy uśmiech na dziewiczej twarzy oznajmi przybycie Normy. Owa cavatina, jak i cała partia Orowista, została napisana dla basa posiadającego swobodę śpiewania w wysokiej tessiturze. Tę umiejętność Borowski udowodnił od pierwszego dźwięku. Niebotyczne, pełne blasku wysokie „e”, pojawiające się aż pięciokrotnie, zaśpiewał w sposób zadowalający nawet malkontentów. Stosownie do zasad sztuki bel canto najważniejsza dla niego była pięknie zaśpiewana melodia. Przy czym nie kopiował wzorców z przeszłości, lecz tworzył własną kreację, trzymając się zarazem utrwalonych zasad wielkiej wokalistyki. Jego ciemny bas aksamitnej barwy dominował nieco nad chórem i partiami orkiestralnymi. Wyraźnie było widać, że dyrygent nie narzuca się soliście, lecz tworzy z nim ostateczny kształt ekspresji.

Borowski zachwycał w scenach zespołowych zabarwieniem głosu tysiącami odcieni, w których nie chodziło tylko o środki artystycznego wyrazu, lecz o nasycenie roli własną niepowtarzalną osobowością. Zarówno w scenie przed słynną cavatiną Normy, w E fino a quando oppresi ne vorrai tu?, jak i po niej był daleki od często spotykanej gorzkiej majestatyczności. Wspaniale pokazał wielowymiarową postać ojca i przywódcy. Głosem wyraził emocje dręczące serce zaniepokojone uciskaniem świątyń, przewidując jednocześnie użycie miecza Brenów. Tysiące barw głosu wzbogacił aktorskim temperamentem, stając się tym samym w zespole solistów kimś wyjątkowym. W II akcie Orowist skupił na sobie uwagę mistrzowskim wykonaniem recitativu Guerrieri, a voi venirne i w zaraz po nim następującej scenie z chórem Ah, del Tebro al Gioga indegno. Imponował subtelnością frazowania wykraczającą poza wyobraźnię widza. Z nieskazitelnie prowadzonego głosu emanowała ogromna siła emocji, bowiem technikę śpiewu i wyrażania nim niuansów opanował w sposób perfekcyjny. Wyrafinowaną harmonią słowa i dźwięku pokazał, ile wykreowana przez niego postać skrywa ludzkich uczuć i namiętności. Dokładność intonacyjna i rytmiczna, precyzyjne respektowanie nie tylko nut, ale i pauz, dynamiki i wszystkich innych wskazówek pozostawionych przez kompozytora, mogło satysfakcjonować. Lecz bez przesady można powiedzieć, że kompozytor, umieszczając w partyturze przy partii Orowista zaledwie 10 znaków dynamicznych i wykonawczych, dał śpiewakowi dużą swobodę interpretacyjną. Borowski skorzystał z tego znakomicie, swobodnie i naturalnie kształtując każdy dźwięk. Jego łagodna, miła osobowość w połączeniu z dobrym warsztatem i ogromnymi pokładami kunsztu wokalnego uczyniła go ulubieńcem publiczności. Po zakończeniu spektaklu, gdy wyszedł się ukłonić, publiczność wstała z miejsc i nagrodziła Daniela Borowskiego okrzykami „brawo! ” i największymi, skandowanymi oklaskami.

Pamiętam poznański debiut Daniela Borowskiego. Z nieporadnego wówczas aktorstwa nic nie pozostało. Teraz, dysponując wysublimowanym warsztatem aktorskim potrafi gruntownie przygotować skomplikowaną postać sceniczną. Nieważne, czy ma być to rola pozytywna, czy negatywna. Zawsze będzie zróżnicowana pod względem wyrazowym, co świadczy o jego sile i podkreśla skalę umiejętności aktorskich i wysokiej klasy kunsztu wokalnego.

Wilfried Górny