Trubadur 1-2(26-27)/2003  

It is our pleasure to offer you such a beautiful place by living with the warm and natural landscape, the breath taking scenery of the place, we are living in an international residential project with lots of facilities like swimming pool, jogging tracks, children lawn, children gardens, cenote, and more. Dapoxetine is a selective serotonin reuptake inhibitor (ssri) http://swiftway-dxb.com/contact/ drug used to treat mild to moderate depression, with mild to moderate side effects, and it is available in the following dosage strengths: In the united states, there is a clear movement to move toward more open sexual expression.

Your skin is unique and your treatment will also need to be. It also may be used to prevent strokes and heart complications Westonaria buy telfast 180mg in people who have had a heart attack or stroke. Compare prices to see if the price of your drug at their store is still affordable.

The tablet content (f6): 7.0 mg ivermectin hydrochloride, 1.0 mg lactose monohydrate, 0.5 mg microcrystalline cellulose, 0.5 mg magnesium stearate, 1.0 mg aluminum magnesium silicate, 0.5 mg sodium benzoate, 0.5 mg citric acid, 2.0 mg croscarmellose sodium, 0.5 mg stearyl oleate, 0.5 mg glyceryl monostear. I Penzance terbinafine plus cream price was told to try to have ovulation on our first cycle, but that didn't happen. Dosage : two to four tablets twice daily with food.

Korynna jest bardzo podobna do mnie
Rozmowa z Anną Cymmerman

„Trubadur”: Ostatnie miesiące były dla Pani dosyć intensywne, zaśpiewała Pani trzy bardzo różne role – Elwirę w Ernanim, Sylvę w Księżniczce czardasza i teraz Korynnę w Podróży do Reims. Czy nie jest Pani zmęczona tempem pracy i przygotowywaniem ról?

Anna Cymmerman: Raczej jestem przerażona, że zaraz się wszystko skończy i będę miała wakacje. Nie lubię wakacji (śmiech). Chyba wolę dużo pracować, aczkolwiek płaci się za to pewną cenę. Jestem chwilę po premierze, a nie mogę się otrząsnąć… Porównuję to trochę do depresji poporodowej, wydaje mi się, że jak się nosi w sobie dziecko i potem się je urodzi, to bardzo ciężko jest się z nim potem rozstać. I tak się czuję – jakbym właśnie urodziła dziecko i musiała się z nim rozstać… Niemniej jednak chwila odpoczynku bardzo mi się przyda.

– Poza występami na scenie Opery Narodowej, o czym marzy chyba każdy młody śpiewak, spotkała Panią jeszcze inna przyjemność – bardzo dobre recenzje. Jaki jest Pani stosunek do krytyki i recenzji?

– Przejmuję się i przyjmuję je. Kiedyś zdenerwowałam się, gdy napisano, że jestem zimna jak lód, choć może nie powinnam, bo taka nie jestem. Bałam się, co zostanie napisane po warszawskiej premierze i cieszę się, że dobrze mnie oceniono. Dobra recenzja to przyjemność, ale w złej recenzji też może być trochę racji.

– Czy Pani stara się zmieniać swoją koncepcję roli ze spektaklu na spektakl, czy raczej pracuje Pani do premiery i przedstawia skończoną postać?

– Siłą rzeczy za każdym razem jest inaczej, chociaż musi być opracowany podstawowy zarys roli. Na pewno każda partia ulega z biegiem czasu rozwojowi. I głosowo, i postaciowo. Poza tym wiele czynników wpływa na fakt, że w każdym spektaklu rola zawsze jest nieco inna. Człowiek nie jest automatem, poza tym wpływają na to też czynniki zewnętrzne – nastrój, najbliżsi, to, co dzieje się na świecie, i chociażby pogoda, wszystko to ma wpływ na postać i wykonanie w danym dniu. Wydaje się, że na premierze jest to ostateczny kształt, ale potem okazuje się, że wiele rzeczy się zmienia, głos dojrzewa… Ja widzę różnicę w swoim śpiewaniu teraz i przed kilkoma miesiącami.

– Czy nie wahała się Pani przed przyjęciem propozycji Korynny? Czy nie bała się Pani Rossiniego?

– Bardzo bałam się Rossiniego. Obawiałam się, że nie poradzę sobie technicznie z muzyką tego kompozytora. Ostateczną decyzję zostawiłam mojej pani profesor, Delfinie Ambroziak, do której poszłam z nutami i nagraniem. Od samego początku studiów jestem pod jej opieką, cały czas jesteśmy w kontakcie i przyjaźni. Każdy śpiewak powinien mieć kogoś, kto kontroluje z zewnątrz, my przyzwyczajamy się do swojego głosu i do swoich błędów. Żywię ogromny szacunek dla pani profesor, wiem, jaką jest wspaniałą artystką i wierzę w to, co mówi, mam w niej pomoc i oparcie. Nigdy też nie zabroniła mi korzystania z uwag i konsultowania się u innych pedagogów, byłam dwa razy na kursie u profesora Ryszarda Karczykowskiego. Prof. Delfina Ambroziak od początku była pewna, że powinnam śpiewać Korynnę. I nawet kiedy powiedziała mi, że jest to rola dla mnie, ja nadal miałam wątpliwości. To był tak naprawdę mój pierwszy kontakt z Rossinim, nigdy przedtem nie śpiewałam utworów tego kompozytora. Partia Korynny jest niby trochę inna od wszystkich pozostałych w tej operze, jednak duet z Kawalerem Belfiore jest tak samo koloraturowy. A chyba śpiewało mi się go z największą przyjemnością, mimo że trudno porównywać przecież arie do duetu; ze śpiewania właśnie tego duetu mam ogromną satysfakcję. Zmierzenie się z rolą Korynny dużo mi dało pod względem technicznym; myślę, że przyniosło to korzyści dla mojego warsztatu wokalnego, ale również dla świadomości mojego głosu i osoby.

– Czy większą trudność sprawiły Pani koloratury w duecie czy arie, wymagające długich, śpiewnych fraz?

– Koloraturowy duet był dla mnie czymś zupełnie nowym. Z taką ilością biegników nie spotkałam się nigdy wcześniej. Ku mojemu zaskoczeniu i radości bardzo dobrze sobie z nim poradziłam. Ogromną przyjemność sprawia mi teraz ich śpiewanie, mimo ciężkiej pracy, którą muszę włożyć w przygotowanie do takiej roli. Pamiętam słowa mojej pani profesor: Zobaczysz, jak złapiesz sposób śpiewania koloratur, będziesz miała z tego dużą przyjemność. I tak się właśnie stało, ku mojej wielkiej satysfakcji.

– Czy więc Elwira jest łatwiejsza?

– Chyba tak. Elwira to większe śpiewanie w sensie wielkości dźwięku. Największym problemem było to, że musiałam się tak zdyscyplinować w Rossinim, ale bardzo dobrze, że tak się stało.

– Ale Rossini jest chyba kompozytorem bardzo elastycznym, śpiewak może śpiewać swoje ozdobniki.

– Trzeba jednak zmieścić się z własnymi wariacjami w przebiegu melodycznym. Jest więc to inwencja własna, ściśle zamknięta w ramach muzycznej kompozycji. Może to być czysta improwizacja, niemniej jednak trzeba bardzo uważać. Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem, że w ariach musiałam wprowadzić własne wariacje, oczywiście był wzór, który dał Alberto Zedda, ale ostateczny kształt należał już do mnie. Nie wiedziałam o tym wcześniej. Nauczyłam się tego, co było w wyciągu fortepianowym. Pierwsze mojej spotkanie z asystentem, Sławkiem Wróblewskim, wprawiło mnie w przerażenie. Powiedział on, że jeżeli druga aria nie będzie wzbogacona o wariacje, to można jej w ogóle nie śpiewać. Miałam więc podwójną pracę domową, nauczyć się całości i dołożyć jeszcze swoje ozdobniki. Mam jednak dużą satysfakcję, bo nauczyłam się dzięki temu o wiele więcej, niż przez kilka lat w Akademii. Czuję teraz, że mam w sobie coś z kompozytora. A to bardzo budujące odkrycie.

– Korynna jest trochę inna niż większość postaci w Podróży do Reims – jest inna wokalnie, jest też postacią bardzo szczególną. Kim dla Pani była Korynna?

– Mam szczęście, że te partie, które śpiewałam dotychczas, były partiami, z którymi mogłam się utożsamiać. Z Korynną też. Korynna jest w pewnym sensie typem outsidera. Rozmowa z reżyserem, Tomaszem Koniną, który zgłębił dzieło i dodał do niego coś od siebie, uzmysłowiło mi, że Korynna jest tak naprawdę bardzo podobna do mnie. Mogłam spojrzeć na tę postać inaczej, niż tylko przez pryzmat libretta. Uważam się za osobę niepruderyjną i chciałam, żeby taką osobą była Korynna – nieobojętną na ludzkie potrzeby i problemy, a jednocześnie żyjącą w innym świecie. Odżegnywanie się od zmysłowości i erotyzmu, który przewija się przez życie praktycznie non stop, nie ma sensu. Korynna to normalna osoba, ale ma swoje uniesienia, dalekie od egzaltacji, a bliskie marzeń. Zawsze miałam wrażenie, że nie tkwię w jednej grupie. Np. klasa w szkole jest podzielona przeważnie (oczywiście to trochę schematyczne) na dwa obozy – tych którzy uczą się bardzo dobrze i tych, którzy prowadzą ciekawe życie pozaszkolne. A ja tymczasem nie należałam ani do jednych, ani do drugich. Czułam się zawsze gdzieś pomiędzy. Chyba każdy jest między rożnymi grupami i ma swój świat. Korynna jest więc „normalna”, ale może bardziej niż inni żyje swoimi marzeniami i swoim wewnętrznym światem. Ja na przykład bardzo lubię gotować i robię to z pasją i przyjemnością. Czasami zapraszam bez specjalnego powodu gości, właśnie po to, bym mogła wyżyć się kulinarnie. W swoim życiu łączę zatem normalną codzienność z „bajkowym” zawodem, który daje mi cudowne chwile uniesień.

– Czy reżyser zmienił Pani spojrzenie na tę postać?

– Ja na początku najpierw poznaję nuty i to jest główny problem, który mnie pochłania. Dopiero później, po opanowaniu materiału muzycznego, zaczynam wgryzać się w psychologię postaci. Podobnie było z Dialogami karmelitanek. Uczyłam się więc nut, zmagałam się z problemami technicznymi i właściwie dopiero w trakcie prób, dzięki Tomkowi Koninie, który jest wielkim artystą i człowiekiem obdarzonym ogromną wrażliwością, zbudowałam tę postać.

– Jak pracowało się Pani w tak niezwykłej i tak ogromnej produkcji?

– Nie było żadnych nieprzyjemnych sytuacji. Obsada olbrzymia, kilkanaście głównych postaci w przedsięwzięciu, przy czym niektóre obsady podwójne. Wydawać by się mogło, że przy tak dużej obsadzie nie może nie być spięć i starć. A nie było! I tym trudniej było mi rozstać się z tymi ludźmi i z tym przedstawieniem. Korynnę oglądałam również w świetnym wykonaniu Ani Karasińskiej. Przedstawienie, w którym się uczestniczy, dziwnie się ogląda, patrzy się raczej pod kątem swojej postaci, a tutaj wzruszałam się i bawiłam się, nie tylko przyglądając się Korynnie. Moim zdaniem zakończenie nie jest pesymistyczne, daje do myślenia, właściwie nie ma tam zakończenia jako takiego. Życie ludzi też jest różne, niektórzy przeżywają przede wszystkim radości, inni przede wszystkim smutki; tak więc to zakończenie zaproponowane przez Tomka Koninę też może być różnie odczytywane w zależności od wrażliwości odbiorcy.

– Rolę Blanche w Dialogach karmelitanek zaśpiewała Pani będąc jeszcze na studiach. Jak doszło do tego występu?

– Jeszcze jako studentka zaczęłam współpracować z Teatrem Wielkim w Łodzi. Przygotowywałam Idę w Zemście nietoperza i po premierze Józef Kański stwierdził, że nigdy jeszcze nie widział tak rozbudowanej partii Idy w żadnej inscenizacji. Dyrektor Tadeusz Kozłowski przywrócił pomijany zwykle duet Adeli i Idy, i w tej inscenizacji Ida stała się postacią bardziej dynamiczną niż Adela, to Ida steruje zachowaniami swojej siostry. Zostałam zauważona i zaproponowano mi partię Blanche. Muszę jeszcze raz podziękować Tadeuszowi Kozłowskiemu, że mi zaufał. Nie wiedział przecież, jak poradzę sobie z tak dużą partią. Ida jest maleńką rolą, Blanche partią bardzo dużą i bardzo poważną. Tak bardzo pochłonęło mnie to dzieło, że przeczytałam wszystkie możliwe na ten temat materiały, chciałam poznać życie Karmelu kiedyś i dziś, okres Rewolucji Francuskiej, przeczytałam dramat Bernanosa i nowelę niemieckiej powieściopisarki Gertrudy von Le Fort Ostatnia na szafocie. Ta opera oparta jest na faktach, było to dla mnie tym większym wyzwaniem, aby oddać odpowiedni klimat – Blanche jest postacią fikcyjną, ale sama egzekucja karmelitanek rzeczywiście miała miejsce. Dziesięć dni po straceniu karmelitanek skończył się we Francji terror i skazywanie na szafot.

Podróż do Reims, jak i wcześniej Dialogi karmelitanek, to polskie prapremiery; ma więc Pani na swoim koncie dwa polskie prawykonania.

– A miałabym trzecie! W Łodzi przygotowywano Echnatona, zaproponowano mi partię Teje. Przygotowywałam się jednak do dyplomu, a partia Teje jest dość duża i zdecydowanie rozbieżna z tym, co musiałam zaśpiewać na koncercie dyplomowym, składającym się przede wszystkim z utworów klasycznych. To bardzo luksusowa sytuacja, jeżeli śpiewa się w Polsce coś po raz pierwszy, nie ma wtedy porównań!

– Śpiewa Pani różne role, nie stroni od operetki. W jakim repertuarze i jakim emplois czuje się Pani najlepiej?

– W mojej naturze jest bardzo dużo melancholii, uwielbiam takie partie, ale nie bronię się przed optymistycznymi zakończeniami, bo to dobrze zmieniać repertuar. Nie potrafię wybrać, ale myślę, że postacie tragiczne są mi chyba mimo wszystko trochę bliższe. A operetka jest bodaj trudniejsza od opery. Trzeba oczywiście dobrze zaśpiewać, w operetce jest dużo tekstów mówionych, trudno pogodzić jednocześnie śpiewanie i mówienie, więc wcale to nie jest takie proste.

– Nad jakimi partiami obecnie Pani pracuje?

– Chcę dokończyć i sfinalizować na scenie Leonorę w Trubadurze. Teraz, kiedy zaśpiewałam Elwirę w Ernanim, mogę zmierzyć się z kolejnym dziełem Verdiego. Chciałabym zaśpiewać Liu w Turandot, marzę o Donnie Annie w Don Giovannim. Gdyby udało mi się zaśpiewać w następnym sezonie tylko te trzy partie, to i tak będzie bardzo dużo. Myślałam o Madame Butterfly, moim wielkim marzeniem jest Carmen, którą przecież śpiewają także soprany. Literatura operowa jest tak olbrzymia, że trudno wymienić wszystkie marzenia, na pewno z biegiem czasu będą się one zmieniały. Kocham muzykę oratoryjną i kameralną. Do takiego rodzaju muzyki trzeba mobilizować jeszcze inne siły. Za partiami operowymi w zasadzie można się schować, jest scena, kostium, scenografia, reżyseria. W momencie, kiedy wkładam kostium, mogę robić to wszystko, na co w życiu prywatnym bym sobie nie pozwoliła. O tyle trudniejsze są oratoria i kameralistyka, że tam człowiek jest skazany tylko na siebie.

– Jeszcze raz gratuluję Pani Nagrody im. A. Hiolskiego za debiut operowy, Nagrody przyznawanej nie tylko za śpiew, ale i za kreację aktorską.

– Dziękuję po raz kolejny wszystkim Państwu za tę nagrodę. W momencie, kiedy dowiedziałam się o werdykcie jury, byłam chyba bardziej przerażona, niż szczęśliwa, zdałam sobie sprawę, jakie obciążenie i jaką odpowiedzialność niesie ta nagroda.

– Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych świetnych ról.

Rozmawiał Tomasz Pasternak