Trubadur 1(34)/2005  

I have no other medication, what can i do to combat this? The approved generic versions are available without a prescription and have the same active ingredient in the same Novomoskovs’k buy fexofenadine over the counter strengths and dosages as avodart. Doxycycline 2%, d-tatrazine is used to treat or prevent infections in humans and animals.

Olanzapine fluoxetine reviews, do you have to take any medication? He didn't believe in the notion of therapy, and his idea of therapy Uttaradit was to help me through my issues in a rational way, in order to make the world a better place for everyone. The answer is probably more complicated than any of us would like – and probably more complicated than we would like.

The generic name is given at the top of the list in the box on the right. Breast cancer, a common and devastating disease buying symbicort online that affects nearly 1.5 million women worldwide every year, is the most common type of cancer among women in canada. It is also available over the counter in other countries as prednisone.

Europa daje się lubić
czyli Oda do Europy w WOK

W chwili, gdy piszę ten tekst, wielki festiwal muzyczny Oda do Europy zorganizowany siłami Warszawskiej Opery Kameralnej ma się ku końcowi. Przed melomanami jeszcze Festiwal Polskich Oper Współczesnych napisanych na zamówienie WOK. Przez ubiegłe jedenaście miesięcy (Oda została zainaugurowana 3 maja ub. roku) w teatrze przy Al. Solidarności, Zamku Królewskim, Kościele Św. Krzyża i Kościele Seminaryjnym rozbrzmiewała muzyka wszystkich krajów tworzących dziś Zjednoczoną Europę oraz muzyka narodu żydowskiego. Jedne kraje otrzymały prezentację w postaci spektakli operowych, a nawet całych festiwali, które WOK posiada w swoim repertuarze, inne musiały być dopiero przez organizatorów „odkryte”.

Nie jest możliwe nawet w największym skrócie omówić wszystkie koncerty i spektakle, których miałam okazję wysłuchać w ramach Ody do Europy. O koncercie inauguracyjnym i płytowej rejestracji Te Deum Laudamus Giovanniego Paisiella pisałam w Trubadurze nr 2(31)/2004, Festiwal Mozartowski będący jednocześnie prezentacją dziedzictwa muzycznego Austrii zrecenzowałam w poprzednim numerze, o koncercie muzyki starożytnej Grecji pisała w nr. 31 Trubadura Katarzyna Marszałek. Warto jednak odnotować i inne, oczywiście wybrane, prezentacje, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Był więc zawsze z przyjemnością oglądany przeze mnie Festiwal Oper Staropolskich, podczas którego Drugi Program Polskiego Radia zarejestrował i wkrótce wyemitował na antenie Szarlatana Karola Kurpińskiego. Była czeska Jenufa, było kilka koncertów kameralnych wypełnionych muzyką współczesną. Z tych ostatnich właściwie każdy przynosił małe muzyczne odkrycia. W ramach wieczoru muzyki litewskiej obok utworów Mikalojusa Ciurlionisa można było usłyszeć kompozycję Onute Narbutaite o podtytule Hommage a Fryderyk. Odkrywczy był i koncert zatytułowany Współczesna kameralistyka księstwa Luksemburg w wykonaniu Elżbiety Wróblewskiej (mezzosopran), Royal Sring Quartet i instrumentalistów: Krzysztofa Malickiego (flet), Artura Pachlewskiego (klarnet), Anny Sikorzak-Olek (harfa) i Grzegorza Gorczycy (fortepian). Utwory Rene Mertziga, Johna Fritza, Marcela Wenglera i Edmonda Cigranga okazały się naprawdę bardzo interesujące. W styczniu WOK stworzył melomanom okazję do zapoznania się z łotewską muzyką kameralną XX wieku, w lutym z twórczością Charlesa Camilleriego – współczesnego kompozytora maltańskiego. Również w lutym rozpostarto przed nami muzyczną panoramę współczesnej muzyki Słowenii w wykonaniu tak znakomitych artystów jak Szabolcs Esztenyi, Jarosław Bręk i Royal String Quartet. Słowaccy artyści Terezia Kruzliakova (mezzosopran) i Robert Pechanec zaprezentowali wybór XX-wiecznych pieśni kompozytorów zza Tatr.

Jedne kraje mogą się poszczycić niedługą historią własnej muzyki, inne – najwięcej mają do zaoferowania w dziedzinie muzyki dawnej. Stąd we wrześniu ub. roku w Zamku Królewskim rozbrzmiewała XVII-wieczna muzyka królestwa Niderlandów w wykonaniu zespołu Ars Nova Jacka Urbaniaka i Anny Mikołajczyk-Niewiedział (sopran). Ci często współpracujący artyści znów uraczyli słuchaczy wysmakowanym programem, na który złożyły się padovany, gagliardy i chansons oraz utwory na klawikord mistrzowsko zagrane przez Marię Erdman. Wśród instrumentarium zaś były i fidele, i flety, i puzony, i viole, na których z rzadkim kunsztem gra „klan Zalewskich”: Marcin, Paweł, Piotr i Wojciech. Anna Mikołajczyk to jedna z moich ulubionych artystek, obdarzona rzadkiej urody dźwięcznym, a przy tym słodkim sopranem. Czasami aż szkoda, że śpiewaczka ta wykonuje właściwie tylko repertuar dawny, ale w tym spektrum repertuarowym jest niekwestionowaną mistrzynią.

Jednym z najciekawszych i jednocześnie najpiękniejszych koncertów był wieczór zatytułowany Cypryjskie muzyczne średniowiecze na dworze króla Janusa. Jeśli miałabym wybierać, które z festiwalowych przeżyć chciałabym w pierwszej kolejności powtórzyć, to chyba właśnie ten koncert zagrany późnym wieczorem w surowym wnętrzu Kościoła Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny na Nowym Mieście. Była w tym koncercie wielka doza mistyki, rozmodlenia, prawdziwe wstrzymanie oddechu. Świat dookoła zdawał się nie istnieć, gdy spod ołtarza płynęły utwory mono- i polifoniczne pochodzące z XV-wiecznego manuskryptu. Wszystkie – zarówno świeckie, jak i religijne – miały w sobie niezwykłe ciepło, spokój i niebiańską melodię, która wolno się rozwijała podejmowana przez kolejne głosy. Spośród wszystkich bardzo dobrych wykonawców nie sposób nie wyróżnić kontratenora Piotra Olecha, który tego wieczoru wzniósł się prawdziwie na wyżyny śpiewaczego kunsztu, przenosząc słuchaczy w inny czas i wymiar. Jeśli dodać do tego grono specjalistów od gry na instrumentach dawnych, atmosferę wielkiego skupienia i subtelną aranżację koncertu – artyści wystąpili w czymś w rodzaju czarnych habitów -otrzymamy niepowtarzalny wieczór.

Z prawie równym sentymentem wspominam trzy koncerty przygotowane przez Władysława Kłosiewicza i Musicae Antiquae Collegium Varsoviense. Dwa wieczory pod wspólnym tytułem Złoty wiek muzyki francuskiej przeniosły nas w czasy Ludwika XIV z jego przepysznym dworem i wyrafinowaną kulturą muzyczną. Koncerty królewskie Francoisa Couperina w wykonaniu Kłosiewicza okazały się głębokim zanurzeniem się w klawesynowe brzmienia pełne wyrafinowanych ozdobników, fermat, zadziwiające nowoczesnością formy. Było to muzykowanie intymne, obliczone na intelektualne rozkoszowanie się subtelnością harmonicznych pomysłów i ich interpretacją przez wykonawcę. Wielkość „złotego wieku” w dosłownym tego słowa znaczeniu mieliśmy zaprezentowaną podczas koncertu złożonego z dzieł Jean-Baptiste’a Lully’ego, Jeana Philippe’a Rameau, Francoisa Couperina i Marc-Antoine’a Charpentiera. Mocnym uderzeniem był już sam początek koncertu, gdy orkiestra zaczęła grać muzykę z Ballet de Xerxes Lully’ego, a maestro Kłosiewicz wszedł na salę dyrygując dużą drewnianą laską, podobną do tej, która stała się przyczyną śmierci kompozytora Króla Słońce. Muzyka baletowa Lully’ego i Rameau rozwinęła przed słuchaczami całe bogactwo ówczesnej melodyki tanecznej, pomysłów dźwiękonaśladowczych oraz ludowych i orientalnych stylizacji. Po przerwie do instrumentalistów dołączyli wokaliści i usłyszeliśmy Motet ku czci św. Zuzanny Couperina i błyskotliwe Te Deum Charpentiera w wykonaniu Agnieszki Kozłowskiej (sopran), Julity Mirosławskiej (sopran), Jana Jakuba Monowida (alt), Aleksandra Kunacha (tenor) i Jarosława Bręka (bas-baryton). Trzecim zamkowym spotkaniem z klawesynem maestro Kłosiewicza był wieczór dedykowany PortugaliiSeixas – portugalski Scarlatti. Rzeczywiście w muzyce Carlosa Seixasa można się dosłuchać dużych podobieństw do kompozycji sławnego Domenico, bawiącego zresztą w Lizbonie w latach 1721-29. Większość spuścizny portugalskiego kompozytora, organisty i klawesynisty zaginęła podczas trzęsienia ziemi w 1755 roku, np. z 700 skomponowanych toccat ocalało w kopiach 88. Sonaty klawesynowe zaprezentowane przez Władysława Kłosiewicza mają najróżniejszą formę i styl od niezwykle popisowych „palcówek” po posępniejsze w wyrazie, poważne utwory. Podziwiać można wielką inwencję melodyczną kompozytora i zróżnicowane wykorzystanie możliwości brzmieniowych klawesynu. Wszystko zwieńczył brawurowy, zaledwie 10-minutowy koncert A-dur na klawesyn i smyczki. Jeśli wiec można mieć jakiś niedosyt po tym wydarzeniu, to tylko „ilościowy”.

Nurt operowy reprezentowały, prócz wymienionych festiwali Mozartowskiego i Oper Staropolskich, jeszcze dwa cykle. Pierwszy, dedykowany Italii złożony był z wszystkich dzieł scenicznych Monteverdiego, Euridice Periego i Falstaffa Verdiego. Wszystkie te dzieła są w repertuarze WOK i co jakiś czas można je na tej scenie oglądać. I tym razem podbił mnie Falstaff z genialną rolą Jerzego Artysza, miło było znów wysłuchać Euridice z wyśmienitymi kreacjami wokalnymi Anny Radziejewskiej, Piotra Łykowskiego i Krzysztofa Szmyta. Tego ostatniego po raz kolejny podziwiałam też jako Ulissesa powracającego do ojczyzny w dziele Monteverdiego. Z radością obejrzałam niezwykłe przedstawienie Ballo… złożone ze strzępków muzyki scenicznej Monteverdiego (znów wielka rola Krzysztofa Szmyta w Il Combattimento di Tancredi e Clorinda, piękny głos Marty Boberskiej i poruszające kreacje Doroty Lachowicz i Andrzeja Klimczaka). Najciekawszym wydarzeniem tego cyklu była jednak Koronacja Poppei w znacznie zmienionej obsadzie. Wprawdzie główne role znów z powodzeniem kreowali Olga Pasiecznik i Jacek Laszczkowski, ale w partii Ottona wyśmienicie zadebiutował młody kontratenor, student warszawskiej Akademii Muzycznej, Jan Jakub Monowid, a w postać Seneki wspaniale, z prawdziwym artyzmem wcielił się Rafał Siwek. Warto też odnotować występ w partii Lukana młodego tenora, także studenta AM w Warszawie, Aleksandra Kunacha (świetny także w Powrocie Ulissesa jako Eumeto). Doprawdy, to wielka szkoda, że tak dobry spektakl został pokazany tylko raz. Oby na następny nie trzeba było znów czekać aż 4 lata!

Słabiej wypadł Festiwal Barokowych Oper Angielskich. Venus i Adonis był jak zawsze uroczy mimo niedyspozycji słyszalnych w głosach solistów, za to spektakl Dydony i Eneasza sypał się wręcz koncertowo, co chwila właziły braki w przygotowaniu śpiewaków. Dużo lepsze wrażenia pozostawiły dwa Händlowskie spektakle Imeneo i Rinaldo. Tu szczególnie pochwalić trzeba Wojciecha Gierlacha za partię Imenea – zaśpiewaną z niezwykłą mocą, ale mocą wewnętrzną i dużą dozą ekspresji, która jest warunkiem do ożywienia mitycznych bohaterów oper Händla. Słuchałam artysty po dłuższej przerwie i może dzięki temu jego rozwój wokalny był dla mnie szczególnie widoczny. W Rinaldzie klasą samą dla siebie była Anna Radziejewska w partii tytułowej, sekundował jej znakomity Piotr Olech w mniejszej roli Eustazia. Nie tak udanie jak w Koronacji Poppei wystąpił Jan Jakub Monowid, ale próba zmierzenia się tak młodego śpiewaka z wymagającą partią Goffreda wypadła przynajmniej zadowalająco. Monowid śpiewa z prawdziwym żarem, co nieczęste u niedoświadczonych śpiewaków, skupiających się raczej na pięknie brzmienia i wyśpiewaniu nutek.

W bogatym w wydarzenia muzyczne okresie przedwielkanocnym również Warszawska Opera Kameralna umieściła aż trzy festiwalowe prezentacje. Trzy pasje zabrzmiały kolejno w Niedzielę Palmową i Wielki Poniedziałek, Wielką Środę i Czwartek. Powtórzona dwukrotnie zrekonstruowana Pasja wg Św. Marka J. S. Bacha dedykowana Niemcom oraz Passio Domini Nostri Jesu Christi Secundum Joannem Parta zostały wykonane w Kościele Seminaryjnym, natomiast La Passione di Nostro Signore Gesu Cristo Paisiella pojawiła się w Zamku Królewskim prawie dokładnie w 221. rocznicę jej wykonania w tym miejscu.

Prezentacja rekonstrukcji Pasji Markowej była już drugą w historii WOK, pierwsza miała miejsce aż 25 lat temu. Obecna została mocno rozbudowana o recytatywy zaczerpnięte z Pasji wg Św. Mateusza, kilka chórów (chorały z pasyjnych kantat Bacha) i inne odnalezione fragmenty. Wszystko to złożyło się na ponad dwie godziny muzyki przepełnionej duchem Wielkopiątkowego rozważania. Wyczuł to autor opracowania kompozycji i kierownik muzyczny wykonania Kai Bumann. Dyrygent do tej pory należący raczej do zwolenników wybujałej ekspresji i dynamiki, poprowadził zespół Musicae Antiquae i Chór Kameralny WOK bardzo powściągliwie. Nie była to „wielka” pasja, raczej modlitewne rozpamiętywanie. Świetnie zabrzmiał niewielki chór, spośród którego wyłoniono solistów do wykonania pomniejszych partii jak Judasz, Piotr, Kapłan czy służące. Arie wykonali Justyna Recsenyedi (do niedawna Stolarska) – sopran, Dorota Lachowicz – alt i Alexander Pinderak – tenor. O ile w ariach sopranu zabrakło oratoryjnego skupienia (śpiewaczka wykonała je zbyt operowo), a u tenora ekspresji, o tyle Dorota Lachowicz po raz kolejny wykazała się wielką kulturą, skupieniem, mądrym, przemyślanym prowadzeniem frazy i natchnioną interpretacją. Pięknie, acz momentami ciut zbyt monotonnie partię Jezusa wykonał Artur Ruciński; barwa głosu wręcz predestynuje tego śpiewaka do sięgania po tego rodzaju repertuar. Chwilami miałam jednak wrażenie, że artysta zna wagę kolejnych słów, jakie ma do wyśpiewania, ale dopiero szuka odpowiednich muzycznych środków wyrazu i jakby nie ma dość odwagi, by „oderwać się” od partytury. Tę swobodę, przy absolutnym wyczuciu stylu, miał interpretator partii Ewangelisty Aleksander Kunach. Wrażliwie kształtowana fraza, ekspresyjny recytatyw, jasny i dźwięczny głos – to wszystko złożyło się na sukces śpiewaka i całego wykonania.

Dzieląc swój czas między rozmaite muzyczne wydarzenia z żalem zrezygnowałam z wysłuchania pięknej Pasji Janowej Estończyka Arvo Parta, o której później inni klubowicze donieśli mi, że była prawdziwym klejnotem wśród WOK-owskich propozycji, wybrałam się za to do Zamku Królewskiego na Pasję Paisiella. Utwór utrzymany w operowej manierze, z kunsztownymi ariami i ansamblami dostarczył mniej przeżyć natury religijnej, wiele natomiast czysto muzycznych. Tym razem Musicae Antiquae Collegium Varsoviense poprowadził Ryszard Zimak, który, nie wiem, czy do końca słusznie, starał się trzymać w oratoryjnych ryzach rozśpiewaną kompozycję Paisiella. Mamy w niej do czynienia z niezmiernie ciekawym ujęciem tematu, bardziej tyczącym się wewnętrznych przeżyć bohatera – św. Piotra, i takiemu właśnie wątkowi sprzyjałoby chyba więcej ekspresji w grze orkiestry. A tak stała się ona tylko akompaniamentem dla bardziej emocjonalnego śpiewu solistów, wypowiadających się w pełnych ornamentów ariach i duetach. Najmniej wyrazistą postać (bo można tu mówić o postaciach dramatu) stworzyła Agnieszka Kozłowska – Maddalena, śpiewająca trochę bezbarwnie. Swe partie udanie zinterpretowali za to Jerzy Knetig (łagodny Giovanni) i Andrzej Klimczak (dramatyczny Giuseppe). W rozbudowanej, głównej partii Piotra (Pietro) wystąpił Jan Jakub Monowid. Mimo widocznych problemów z gardłem śpiewak udowodnił, że nie była to dla niego próba zbyt trudna. Z prawdziwym przejęciem wypowiadał żal ucznia Chrystusa, że nie był obecny przy męce i śmierci Nauczyciela, że stchórzył. I był w tym prawdziwy, a w ostatniej arii pokazał całą urodę swego altu.

Mimo największych chęci nie byłam w stanie wysłuchać wszystkich koncertów, które złożyły się na sezon Oda do Europy. Nie wszystkie z wysłuchanych omówiłam w powyższym tekście. A zasłużył na to przecież i wieczór poświęcony wiolinistyce królestwa Belgii, i węgierskiej muzyce kameralnej w wykonaniu Krzysztofa Jakowicza, Tomasza Strahla, Waldemara Malickiego i kwartetu Prima Vista. Szwecja otrzymała w prezencie dwa koncerty ukazujące ciekawe „dziś” i fascynujące „wczoraj” muzyki tego kraju, a Hiszpania już zawsze kojarzyć mi się będzie z mięsistym mezzosopranem Anny Radziejewskiej śpiewającej de Fallę i wirtuozowską gitarą Marcina Dylli. To była niezwykła podróż, która pokazując mały przecież wycinek muzyki państw Unii, wskazała, jak wiele jeszcze mamy we wspólnej Europie do odkrycia, również na polu spuścizny muzycznej.

Katarzyna K. Gardzina