Trubadur 1(34)/2005  

Sex revolution w Staatsoper
czyli najnowsza premiera Werthera

Werter nigdy nie należał do moich ulubionych bohaterów operowych. Ta jego nieznośna egzaltacja na widok bawiących się dzieci czy liści poruszanych przez wiatr, ten wyraźnie wyczuwalny zachwyt nad własną wrażliwością, zawsze mnie irytowały. Chyba nie jestem w swych poglądach odosobniony, gdyż Werthera wystawia się stosunkowo rzadko, choć trudno podważać walory muzyczne tej opery czy – jak chciał kompozytor – dramatu lirycznego. Najnowsza premiera w Wiener Staatsoper jest czwartą realizacją dzieła na tej scenie od prapremiery, która odbyła się w tym samym miejscu przed 113 laty. W odróżnieniu od poprzedniej, z 1986 r., kiedy dokonano istotnych skrótów, rezygnując np. z początkowej sceny z dziećmi w ogrodzie, redukując tym samym i tak przecież niewielką partię Burmistrza, realizatorzy odnieśli się z szacunkiem do partytury. Autorem inscenizacji jest Andrei Serban. Scenografię zrobił Peter Pabst, który też, wraz z Ritą Reinhardt, zaprojektował kostiumy. Za pulpitem dyrygenckim stanął Philippe Jordan, zaś chór przygotował Ernst Dunshirn.

Wraz z pierwszymi dźwiękami wstępu muzycznego kurtyna idzie w górę i oczom widzów ukazuje się tonący w ciemnościach ogród. Świt jeszcze nie nadszedł. Rozjaśnia się bardzo powoli i na całej przestrzeni scenicznej widać ścianę poruszanych przez wiatr liści. Porównywanie liści do ptaków może wydać się dziwne, jest jednak w tym obrazie coś, co bardzo wyraźnie przypomina mi scenę nad Newą z warszawskiej Damy pikowej. Podobieństwo wydaje się wręcz uderzające. W ostatnim czasie zauważyłem godną pochwały skłonność niektórych członków naszego klubu do porównywania hektolitrów farby przelanej w 1995 r. w Wiedniu do litrów przelanej w Poznaniu w roku ubiegłym. Ich wiedza na ten temat jest imponująca i wzbudza uznanie, a nawet podziw. Chyląc przed nią głowę chciałbym jednak Państwa przestrzec. Zanim wykrzykniecie Eureka!, porównajcie Państwo daty premier w Warszawie i Wiedniu.

Wracajmy jednak do I aktu przedstawienia. Po muzycznej introdukcji na scenie ukazuje się zalany promieniami słonecznymi ogród burmistrza. W jego centralnej części rośnie potężne, kilkusetletnie drzewo. Wokół trawniki, na których stoją meble ogrodowe, leżaki, materace itp. Zarówno styl, w jakim wykonane są rekwizyty, jak też fason strojów noszonych przez występujące postaci wskazują na to, że reżyser zdecydował się umieścić akcję w latach 60-tych minionego wieku. Gdy po początkowej scenie z dziećmi pod drzewem pojawia się Werter, można się zastanawiać, czy Marcelo Alvarez ze swą urodą południowca jest idealnym odtwórcą postaci tak znerwicowanej i tak łatwo wpadającej w egzaltację. Gdy jednak otwiera usta i zaczyna śpiewać inwokację do natury, wszelkie wątpliwości nikną. Cudowny, pełen blasku, silny głos. To niewątpliwie jeden z czołowych obecnie tenorów lirycznych. Chciałoby się słuchać go w nieskończoność. W roli Lotty wystąpiła Elina Garanca i trudno było o lepszy wybór. Jest ona piękną kobietą dysponującą dość niskim, ciemnym, w każdym szczególe czysto brzmiącym mezzosopranem. Kończąca pierwszy akt scena między Lottą i Werterem była prawdziwą ucztą dla słuchaczy. Muszę tu, niestety, wspomnieć o niefortunnym pomyśle reżysera, który każe Werterowi, chcącemu zachęcić Lottę do powrotu na bal, kręcić biodrami w rytm twista. Wiem, że taniec ten był modny w latach 60-tych i że miało być konsekwentnie, ale Alvarez wygląda w tym momencie głupio, a na dodatek zupełnie nie koresponduje to z muzyką płynącą powoli i lirycznie z kanału orkiestrowego.

Dekoracje w akcie II niewiele różnią od tych w akcie I. Centralnym elementem jest to samo potężne drzewo, na którym widać jednak pożółkłe liście zwiastujące nadchodzącą jesień. Drzewo to niczym niemy świadek towarzyszyć będzie wydarzeniom aktów następnych. Pod drzewem kilka ławek, na których siedzą mieszczanie zwróceni twarzami w kierunku niewidocznego ołtarza. Słychać dźwięk organów. Z lewej strony Johann i Schmidt, jak zawsze, gdy są na scenie, wznoszą toast ku czci Bacchusa. Zjawia się Lotta z Albertem. Adrian Eröd w tej roli jest przekonujący jako dość chłodny uczuciowo, ale poprawny jeśli chodzi o maniery, mieszczanin. Jego baryton jest raczej wysoki i dość dźwięczny. Nie czuło się w jego głosie emocji, ale Albert, będący przeciwieństwem Wertera, z którego uczucia wprost się wylewają, taki właśnie powinien być. Kończąca II akt scena Lotty z Werterem ponownie jest popisem dwojga wspaniałych artystów.

W III akcie znane nam już drzewo jest głównym elementem salonu w domu Lotty i Alberta. Przypomina to może chatę Hundinga, tylko meble są nieco inne. Pianino, biurko, kanapa, telewizor – wszystko w stylu, jaki obowiązywał przed 40 laty. Lotta z lekko natapirowaną fryzurą czyta listy Wertera. Czynność tę zakłóca jej wizyta siostry Zofii. W roli tej wystąpiła Ileana Tonca, artystka o wyglądzie nastolatki. Jej głos – wysoki, z lekką wibracją – pasował do postaci, jaką kreowała. Lotta początkowo próbuje ukryć przed siostrą listy, lecz nie jest w stanie zapanować nad wzburzeniem, do jakiego doprowadziła ją ta lektura. W końcu mówi o rozterkach, jakie nią targają. Gdy Zofia wychodzi i niespodziewanie zjawia się Werter, Lotta, choć zaskoczona, wita go jak kogoś wyczekiwanego. Następuje chwila, na którą czeka publiczność. Werter śpiewa arię Pourquoi me réveiller, po której Alvarez został nagrodzony długotrwałą owacją. Następnie Werter rzuca się na Lottę z iście południowym temperamentem, całując ją gdzie popadnie, ale ta resztką sił wyrywa się z uścisków i żąda, aby opuścił jej dom. Nadchodzi Albert, a za nim służący z listem, po przeczytaniu którego Albert wyciąga z biurka rewolwer i wręcza go Lotcie, ona zaś służącemu.

Niezwykle dramatyczne, momentami ponure w nastroju intermezzo orkiestrowe między III a IV aktem orkiestra pod batutą Philippe Jordana zagrała bardzo przejmująco, przygotowując widzów do mających nastąpić wydarzeń. Lotta dręczona złymi przeczuciami przybywa do domu Wertera, który śmiertelnie ranny leży w łóżku. Widząc ukochanego w tym stanie, rzuca się ku niemu i namiętnymi pocałunkami obsypuje krwawiącą ranę. Czując żar jej gorących warg, młodzieniec odzyskuje siły i chwytając ją w ramiona, przekręca, przygniatając swym ciałem. Te zapasy trwają przez chwilę. Spod szerokiej spódnicy Lotty wystaje halka (wszak to lata 60-te) i zgrabne nóżki w szpilkach, których niespodziewająca się tak gwałtownego wybuchu namiętności ze strony Wertera dziewczyna nie zdjęła, siadając na łóżku. Młodzieniec odzyskuje wigor na dobre, gdyż po chwili sam leży znów na plecach, sadzając Lottę na sobie niczym na koniu. Wreszcie zbliża się chwila ostateczna. Werter wstaje, robi kilka kroków po pokoju, by w końcu wrócić i paść na łożu bez życia. Załamana kompletnie Lotta patrzy w stronę Alberta, który w międzyczasie przyszedł i obserwował ostatnią scenę. Robi krok w kierunku męża, jak gdyby szukając u niego pomocy, ale on odwraca się do niej plecami.

Tak kończy się przedstawienie, zasługujące, aby je ocenić pod wieloma względami jako bardzo udane. Wysoki poziom muzyczny, co dotyczy zarówno orkiestry, jak też śpiewaków. Oczywiście mam tu na myśli przede wszystkim Marcelo Alvareza i Elinę Garancę. Wiedeńska publiczność gorąco też oklaskiwała swego ulubieńca, Alfreda Šramka, który wystąpił w niewielkiej roli Burmistrza. Bardzo piękna scenografia. Tonący w bujnej zieleni ogród z I aktu czy scena przed kościołem w akcie II pozostaną na długo w mej pamięci. Również reżyserię, z pewnymi niestety wyjątkami, można uznać za udaną, a w każdym razie za poprawną. Lotta, Zofia czy Albert to postacie wiarygodne aktorsko, w czym widać, jak sądzę, rękę reżysera. Także niektóre pomysły, np. ten, aby Albert udał się w IV akcie w ślad za Lottą, są interesujące. Zrobił to, aby przekonać się, czy żona darzy uczuciem Wertera, czy poszła tam tylko jako dobra Samarytanka. Odwrócił się od niej, mając niezbitą pewność zdrady. Mimo maksymalnie życzliwego nastawienia, nie potrafię jednak rozgrzeszyć Andreia Serbana z tego, co zrobił w finale. Może wiedząc, że w latach 60-tych miał miejsce trend nazwany rewolucją seksualną, chciał zachować jedność stylu. Tego twista pod koniec I aktu można jeszcze przełknąć, jednak sceny umierania Wertera nie da się niczym usprawiedliwić. Tego samego zdania była też premierowa publiczność, która wszystkich wykonawców nagrodziła gromkimi brawami, nie szczędząc przy tym gardeł, i tylko gdy na scenie ukazał się reżyser, znaczna część widzów zaczęła buczeć. Ja miałem mieszane odczucia, więc zachowałem neutralność. Spaskudził tylko dziesięć minut, ale za to na końcu. Szkoda! Mimo wszystko myślę, że z czystym sumieniem mogę polecić to przedstawienie. Choćby dla samego Alvareza, którego płytę z ariami francuskimi kupiłem nazajutrz w sklepiku niedaleko opery i teraz wciąż do niej wracam.

Henryk Sypniewski