Trubadur 1(34)/2005  

Tosca z Hasmik Papian

Kiedy pojawiła się za kulisami, uśmiechnięta, z naręczem kwiatów, drobna, szczupła i piękna, wydała mi się nawet młodsza niż przed laty, gdy śpiewała w Warszawie Normę. Wtedy ani razu nie mogłam jej pogratulować występów, bowiem nikogo z publiczności nie wpuszczano za kulisy (nie do wiary, ale tak było). Dlatego dopiero teraz, gdy zaśpiewała w Operze Narodowej Toscę, podałam Hasmik Papian do podpisu program z Normy, z zapisaną ręcznie na okładce datą: 22.03.1992. To nie jest data premiery – powiedziała. Nie – odparłam – to trzecie przedstawienie, bo tylko na nie udało mi wówczas zdobyć bilet. Patrząc na nasze zdumione miny, śpiewaczka wyjaśniła, że do końca życia nie zapomni daty warszawskiej premiery Normy (15 lutego 1992), ponieważ… tego właśnie dnia jej brat się żenił! Z wyraźną przyjemnością obejrzała dawny program z Nabucca, który ktoś z Klubowiczów podał jej do podpisania, a zapytana, czy zaśpiewa u nas Lizę, zaprzeczyła – wkrótce czeka ją Dama pikowa w Paryżu, niedawno zaś miała serię przedstawień tej opery w Teatro Real w Madrycie, z Plácidem Domingo jako Hermanem. Krótka, ale bardzo serdeczna rozmowa z Hasmik Papian zakończyła się wpisaniem przez nią pozdrowień dla Klubu i naszym podziękowaniem za wieczór z Toscą.

Kiedy pojawiła się na scenie, uśmiechnięta, z naręczem kwiatów, drobna, szczupła i piękna, wiedziałam, że to będzie spotkanie z Toscą nietypową – delikatną, bardzo kobiecą, ani jednym gestem czy wyniosłą frazą nieprzypominającą matronowatych niekiedy wykonawczyń tej roli. Już w pierwszym zawołaniu Toski Mario, Mario, Mario!… brzmiało tylko czułe ponaglenie, nie zniecierpliwienie, a w scenie z Cavaradossim ujmująca zalotność i umiar w stosowaniu ostrzejszych tonów nawet przy Chi e quella donna bionda lassu? nie uczyniły z nieznośnej (czasami) dziewczyny sekutnicy. Jakże pasowała do tego typowo włoska gestykulacja i zachowanie podkreślające pewną ludowość postaci Florii, która wpada do kościoła nie tylko po to, aby ujrzeć ukochanego i umówić się na wieczorne spotkanie, ale i po to, by złożyć „swojej” Madonnie bukiet kwiatów, kupiony gdzieś po drodze na Campo de' Fiori. Ta familiarnie traktowana Madonna jest przecież tanto buona, nie zgniewa jej pocałunek kochanków ani scena zazdrości i pojednania rozgrywająca się w świątyni.

Tosca Hasmik Papian pod koniec I aktu tkwi jeszcze w świecie, w którym tragedią są sprzeczki zakochanych, tajemnicze wachlarze, obawy o stałość kochanka, gwałtowna przysięga zemsty na rywalce – i łzy rozpaczy, które widzi dobry Bóg. Ale w akcie II tragedią staje się okrutny świat polityki, namiętności i przemocy, wobec których załamuje się dziecięca wiara Toski w to, że niebo odpłaca opieką za nasze dobre uczynki. Nagle dojrzałej i osamotnionej starcza sił tylko na pełną smutku skargę Vissi d’arte, vissi d’amore… i ciche pytanie perche, Signor…? Ale to poczucie dojmującej samotności w nieszczęściu wyzwala w niej też siłę do ostatniej walki o uratowanie Maria, a w końcu do przecięcia na zawsze obmierzłej zależności od Scarpii.

Tosca, Cavaradossi, Scarpia, trzy losy nierozerwalnie splecione ze sobą. Nawet doskonała Tosca może nie udźwignąć tempa i ciężaru intrygi bez współudziału partnerów – a pani Papian na szczęście miała tego wieczoru Keitha Olsena jako Cavaradossiego i Adama Kruszewskiego w roli Scarpii. Razem wyreżyserowali prostą opowieść na trzy głosy i śmierć. I strach. Bo boją się wszyscy, każdy inaczej. Olsen nie był może porywający wokalnie, śpiewał po prostu dobrze, ale za to charakteryzowała go wzruszająca prawda gestów i zachowania na scenie. W I akcie potrafił zbudować właściwą proporcję między lękiem Maria o los ukrytego w kaplicy zbiega a ciepłym, pełnym miłości sposobem zwracania się do kochanki. W akcie III tulił się – wielkie, postawne chłopisko – do malutkiej Toski, aby odegnać choć na chwilę dźwiganą samotnie świadomość bliskiej śmierci. Papian z kolei misternie rozgraniczała lęk kochanki przed (domniemaną) rywalką od dramatycznego strachu przed Scarpią, którego boi się jako pana życia i śmierci Cavaradossiego i którym brzydzi się jako niewolona kobieta. Ale Scarpia Kruszewskiego boi się również, boi się rewolucji i boi się o siebie. Ten wszechwładny tyran to tchórz: oklapł nagle jak marionetka, porywając z biurka pistolet, gdy storturowany Cavaradossi przy słowach Liberta, sorge, crollan tirannidi! postąpił kilka kroków ku niemu. Jaka szkoda, że Kruszewski tak rzadko otrzymuje nową rolę w Operze Narodowej, to przecież świetny baryton i aktor.

Bravi tutti! Bravo Maestro Kaspszyk i jego orkiestra!

Jadwiga Piller

PS Podobno dekoracje do Toski były takie same jak poprzednio. Nie zwróciłam na nie uwagi. (TW-ON, 2 marca 2005)