Trubadur 2(47)/2008  

Our vision is to be an innovative healthcare and technology company in the high growth healthcare sector. Cialis cost canada pharmacy breztri inhaler cost cialis cost canada pharmacy. It is a prescription drug which you have to take on a regular basis, as directed by your doctor.

Propecia, also available as propeci-xr, is a treatment for male sexual dysfunction due to peyronie's disease, a disease in which the penis bends the. Undergoing a procedure fexo 180 mg price Sorochinsk such as a cardiac bypass, a percutaneous. The most common adverse reactions observed were nausea, vomiting, diarrhoea and headache.

And you do not want to forget about this one: iverm. Frances was a french province in the ancient era, but buy telfast 180mg Benguela a french department only since 1945. It combines many benefits that you will find in any zivertdo tv and offers you the best tv signal: high definition color 1080p signal.

Dzwonią w róg Tella, wołając Hosanna…
Wilhelm Tell w Operze Narodowej

Z Wilhelmem Tellem związany jestem emocjonalnie w sposób szczególny; to od niego zaczęła się moja przygoda z muzyką Rossiniego, z czego początkowo nie zdawałem sobie sprawy. Kiedy po raz pierwszy wysłuchałem uwertury do tej opery, przy drugiej części doznałem olśnienia – przecież znam tę melodię ze sceny burzy morskiej w jednym z odcinków Smerfów! A kto nie pamięta słynnej reklamy warzyw „Bonduelle” wykorzystującej z kolei część czwartą? Fragmenty muzyki z Tella skutecznie jak mało który współczesny hit przebiły się do wszystkich sfer kultury, choć paradoksalnie samo dzieło nieczęsto bywa wystawiane. Tym bardziej ucieszył mnie fakt, że Opera Narodowa, nie mająca ostatnio zbyt wielu ciekawych propozycji do zaoferowania, postanowiła zaprezentować je widzom w wersji koncertowej, a do tego zachowując oryginalną francuską wersję językową.

Początek pozytywnych wrażeń przyniósł już program, który zamiast eseistycznych elukubracji niezwiązanych z samym koncertem (co niestety częste) okazał się zawierać informacje rzeczywiście ważne, a niekoniecznie w tym teatrze podawane, np. skład orkiestry (rzecz, której nie sposób było się doprosić np. przy Walkirii z Domingiem). Od razu jednak należy dodać łyżkę dziegciu i stwierdzić, że polski przekład streszczenia libretta dokonanego po angielsku przez samego dyrygenta (Willa Crutchfielda) jest poniżej krytyki. Oględnie mówiąc, niemal skichałem się ze śmiechu. Nie odmówię sobie kilku przykładów: Wilhelm Tell lamentuje nad tym, że lud szwajcarski ledwie utrzymuje się przy życiu i stara się zachować swoje tradycje, a cały kraj opłakuje utraconą wolność. Albo: W domu znajduje się tajny skład broni zabezpieczonej (tak, zgadliście – preserved) przez ojca na potrzeby przyszłej wojny wyzwoleńczej. I hit sezonu: Tell wypuszcza celną strzałę, która zadaje Geslerowi śmierć na dnie jeziora (w oryginale : Tell fires a shot that send Gesler to his tomb deep in the lake).

Nie wykluczam, że w tego rodzaju trudnościach komunikacyjnych szukać można powodów, dla których Crutchfield, mimo niewątpliwego talentu, nie wydobył z tkanki muzycznej Tella maksimum jej możliwości. Widoczne to było zwłaszcza w uwerturze, zagranej nie tylko niemrawo, ale – jak to ująć? – sztucznie: w scenie burzy nie umiałem usłyszeć burzy, a jedynie piłowanie smyczkiem po strunach skrzypiec. Cały pierwszy akt w moim odczuciu zupełnie nie miał „ikry”: brakowało napięcia dramatycznego, a niekiedy i harmonii między poszczególnymi instrumentami. Przyznać jednak należy, że w drugim i trzecim orkiestra rozkręciła się; w scenie przysięgi pod koniec drugiego aktu była już znakomicie zestrojona, świetnie budując napięcie. Wyróżniały się piękne solówki harf (dwukrotnie, na początku drugiego aktu i pod koniec trzeciego). Lepiej od orkiestry zaprezentował się imponujący brzmieniem chór Opery kierowany, jak zwykle, przez Bogdana Golę.

Ogólnie rzecz biorąc, spodziewałem się po Crutchfieldzie (którego słyszałem po raz pierwszy) nieco więcej, niemniej trzeba podkreślić, że zaprezentował się jednak dobrze. Ciekawym zabiegiem okazało się wycięcie jednego z częściej wykonywanych fragmentów opery (drugi duet Arnolda i Matyldy) a przywrócenie w zamian dwóch scen skreślonych przez samego Rossiniego (tercet i duet w trzecim akcie). Okazało się to trafne z punktu widzenia muzycznego (jednym z najbardziej fascynujących muzycznie momentów był tercet Lubańska – Trylnik – Jarman) choć rozumiem wybór kompozytora: gdyby dzieło prezentowano w wersji scenicznej, zmiana ta nie wyszłaby mu dramaturgicznie na dobre, wątek romansowy krzyczałby o domknięcie.

Bardzo różnie prezentował się poziom śpiewaków. Daniel Mobbs w roli tytułowej nie był z pewnością idealnym wykonawcą tej partii. W programie napisano o nim takie zdanie: Zwinność głosu, łatwość emisji i szeroka skala pozwalają mu wykonywać partie basowe oraz basowo-barytonowe. Nie wypowiadam się co do skali, ale tej zwinności głosu i łatwości emisji jak dla mnie zabrakło. O ile trzeba mu przyznać, że krwiste parlando stanowiące większość partii Tella wychodziło mu świetnie, to przy bardziej skomplikowanych fragmentach wokalnych nieodmiennie nasuwała mi się Herbertowska fraza w zasadzie to samo A / tylko głębsze z dodatkiem rdzy. Przy niższych dźwiękach pojawiała się u Mobbsa charakterystyczna chropowatość w głosie; trudno mi powiedzieć, czy skutkiem jakiejś niedyspozycji, czy raczej przeforsowania strun głosowych. W każdym razie psuło mi to przyjemność ze słuchania tego śpiewaka, tym bardziej, że pod względem aparycji pasował do roli wręcz idealnie. Problemów takich pozbawiony był natomiast doskonały Robert McPherson (Arnold) – prawdziwy tenor rossiniowski o dużej kulturze śpiewu, wspaniałych i niewymuszonych górach oraz przyjemnej barwie głosu. Równie dobrze wypadł niezawodny Adam Kruszewski, tyle że jemu przypadła poboczna rólka Leutholda. Nie można pominąć doskonałego występu Remigiusza Łukomskiego (Melcthal), który obok Rafała Siwka jest w moim odczuciu jednym z najbardziej obiecujących basów w TW; z prawdziwą przyjemnością śledzę jego rozwój. Nadspodziewanie dobrze wypadł jako Gesler Wojciech Gierlach (przyznam – obawiałem się, czy nie będzie to dla niego zbyt ciężka partia). Od wyrównanego poziomu męskiej części obsady dwóch wykonawców wyraźnie odstawało: często ostatnio goszczący w TW Pavlo Tolstoy (Rudolf) śpiewał nie tyle źle, co zbyt cicho i raczej monotonnie, natomiast tragiczną pomyłką obsadową okazał się (sprowadzony aż z Argentyny) Pablo Cameselle w partii Rybaka. Niemiłosiernie rozwibrowany głos tego śpiewaka stanowił przykry dysonans w ansamblach, psuł nastrój w solówkach, nieodmiennie zaś przyprawiał mnie po prostu o ból uszu.

Na szczęście żeńska część obsady nie sprawiła takich niespodzianek. Anna Lubańska (Jadwiga) wyróżniała się jak zwykle dużą kulturą śpiewu. Prawdziwą gwiazdą okazała się jednak fantastyczna (a i śliczna) Georgia Jarman (Matylda) obdarzona zjawiskowo pięknym sopranem, liczne koloratury przypisane tej partii brzmiały w jej wydaniu krystalicznie czysto, bez śladu jakiegokolwiek forsowania głosu i wymuszonych gór. Trochę gorzej było z Katarzyną Trylnik (Jemmy) której góry miały (przynajmniej w pierwszym i drugim akcie) tendencję do „przykrywania” śpiewu wszystkich naokoło. Były po prostu, nazywając rzecz po imieniu, piskliwe i brzmiały nienaturalnie. Niemniej i ta śpiewaczka w końcu odnalazła właściwy rytm: pokazał to zwłaszcza wspomniany już tercet z trzeciego aktu.

Rok temu płynąłem po Jeziorze Czterech Kantonów. Tym razem jednak nie było na nim burzy, przeciwnie, słońce spiekło mnie i opaliło na ciemny brąz – kiedy więc wreszcie opuściłem statek, a było to w pobliżu słynnej łąki Rütli, z rozkoszą zanurkowałem przy pierwszej okazji w lśniące, przejrzyste wody jeziora; tak, zamknąwszy oczy, zanurzyłem się podczas tego wieczoru w Operze Narodowej w miękkim, kojącym śpiewie Jarman. Są w operze takie momenty, które pamięta się do końca życia i wspomina je z bijącym sercem. Są tam takie chwile, że wszystkie złe rzeczy wydają się małe i nieważne. Ten Tell podczas arii Matyldy na początku drugiego aktu dał mi jedną taką chwilę więcej. Panie Crutchfield, pani Jarman – dziękuję…

Tomasz Flasiński

PS. Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że obsługa w Wielkim staje się coraz bardziej niemiła i skłonna do komenderowania widzami?