Trubadur 2(47)/2008  

I have been having trouble with the pain for the past month. Plaquenil is a blood thinner used to levitra 5 mg opinioni jovially treat peripheral vascular disease. It also helps with anxiety, depression, insomnia and pms and i know that helps with anxiety.

Ivermectin, or malarone, is a member of the benzoxazolone drug class. I would recommend the service to others, because it was the only service i could find that had the information viagra deutsche apotheke about how to deal with this condition. Clomid 25 mg price, 25 mg; clomid in usa (clomid) 25 mg clomifene clomid (clomifene citrate) – fda approved generic brand – clomid 25 mg is an injectable hormonal contraceptive that regulates the menstrual cycle so women can have one cycle during their life.

It is your responsibility to ensure that you are using the products that are right for you and in accordance with all applicable laws and regulations. The clomid for sale in the us is to be taken with two super160 mg kamagra contrassegno familiarly teaspoons of water and allowed to sit for at least 15 minutes before use. Tamoxifen can be used by women who are not pregnant, and do not smoke or have high blood pressure or heart disease.

Właściwa rola we właściwym czasie
rozmowa z Piotrem Beczałą

– „Trubadur”: Kogo nazwałby Pan swoim Mistrzem?

Piotr Beczała: Pewnie oczekuje Pani konkretnego nazwiska. Tu muszę Panią i czytelników rozczarować, nie dlatego, że nie mam mistrzów, ale ponieważ jest ich wielu. Są nimi nie tylko śpiewacy, ale również dyrygenci, korepetytorzy i pedagodzy, z którymi miałem szczęście pracować nad konkretnymi rolami, którzy współtworzyli mój głos, technikę i osobowość.

– W książeczce do solowej płyty wspomina Pan o swoim podziwie dla Fritza Wunderlicha. Dlaczego?

– Fritz Wunderlich jest dla mnie wzorem artysty pod każdym względem. Najbardziej cenię jego umiejętność trafienia w styl wszystkich, choćby najbardziej odległych rodzajów muzyki. Był najlepszym, w mojej ocenie, interpretatorem Mozarta, Bacha, operetki, pieśni, jak również włoskiego i niemieckiego Romantyzmu. Z niewiarygodną muzykalnością i swobodą techniczną godził ze sobą wszystkie te, tak odległe od siebie, gatunki wokalne, co powinno dawać do myślenia wielu współczesnym śpiewakom i pedagogom.

– W TW-ON po raz pierwszy mieliśmy okazję usłyszeć Pana w Requiem Verdiego pod batutą Placida Domingo. Jak wspomina Pan to doświadczenie?

– Ten występ to był przypadek, jeśli się wierzy w przypadki. Ja wolę inną wersję, mianowicie – przeznaczenie. Znałem Placida Domingo z Zurychu, ale nigdy nie pracowaliśmy razem. Ten koncert był dla mnie potwierdzeniem, jak wielkim nie tylko muzykiem, ale również człowiekiem jest Maestro Domingo. Abstrahując od tego, że był to mój debiut na polskiej ziemi (nie licząc koncertu dla Fundacji Prof. Religi w Zabrzu kilka lat wcześniej) było to dla mnie przeżycie szczególne. Rocznica śmierci Papieża, niepowtarzalna atmosfera koncertu, wsparcie ze strony Placida, który zna to dzieło doskonale, wszystko to sprawiło, że zachowam ten koncert w sercu do końca życia.

– Jakich wskazówek, współpracy oczekuje Pan od dyrygenta, opracowując nową partię, współpraca z którym dyrygentem była dla Pana najbardziej znacząca?

– Praca nad nową rolą to proces, który rozpoczynam na wiele miesięcy przed terminem premiery. Najczęściej zaczynam sam, potem dochodzi korepetytor i mój nauczyciel śpiewu Dale Fundling, a dopiero na końcu dyrygent. Wtedy też moja koncepcja muzyczna roli zostaje skonfrontowana z jego. Mam wielkie szczęście móc pracować z najlepszymi dyrygentami i staram się zawsze jak najwiecej skorzystać, się nauczyć. Ogromnie ważne jest znalezienie odpowiedniego stylu wykonywanego utworu. Nie ma to nic wspólnego z jakimiś źle pojętymi manierami, lecz umiejętnością odczytania sugestii i wskazówek kompozytora, które nierozerwalnie związane są z czasami, w których żył, jak również tradycjami wykonawczymi pokoleń śpiewaków. Dyrygenci szanujący śpiewaka i nie pozbawieni respektu przed geniuszem kompozytora są niestety rzadkością, ale i tacy się zdarzają. Miałem okazję się o tym przekonać, pracując choćby z Nello Santim, Vladimirem Fedosjejevem, Marcello Viottim, Chrystianem Thielemannem, Maurizio Benninim i wieloma innymi, których wymienienie zajęłoby wiele miejsca.

– Czy którąś z wykonywanych partii darzy Pan szczególnym sentymentem?

– Jest kilka ról, które były kluczowe w mojej drodze artystycznej i leżą mi szczególnie na sercu. Werter J. Masseneta jest jedną z nich. Towarzyszy mi od wielu lat, po raz pierwszy zaśpiewałem go w Linzu w 1995 r. I choć wtedy był dla mnie jeszcze o wiele za trudny, odczuwałem z postacią Wertera wyjątkowe „powinowactwo dusz”. Bliska jest mi również muzyka Masseneta, która zawiera ogromny ładunek emocjonalny i opisuje uczucia w genialny i jednocześnie prosty sposób.

– Czego szuka Pan w partii, którą będzie Pan wykonywał na scenie?

– Prawdy! Najważniejszym zadaniem śpiewaka jest takie zaśpiewanie i zagranie roli, aby opowiedzieć w jasny i zrozumiały sposób historię rozgrywającą się na scenie. Można to zrobić na wiele sposobów. Są one zależne od koncepcji reżysera, który wyciąga ten lub inny wątek jako ważniejszy lub dominujący, ale prawdziwość postaci, właściwe odczytanie intencji kompozytora opisującego charaktery za pośrednictwem muzyki to najistotniejsze aspekty budowania roli.

– Czy zdarza się Panu w kolejnym wystawieniu odkryć na nowo postać, którą już Pan wykonywał na scenie?

– I tak, i nie. Odkrycie na nowo znaczyłoby przyznanie, że do tej pory błądziłem i cały poprzedni akapit nie miałby sensu. Wielokrotnie jednak zdarzyło mi się znajdywać nowe strony charakteru kreowanych przeze mnie postaci. To nie tylko dodaje pieprzyka, ale przede wszystkim pozbawia moją pracę rutyny. Zawsze świeże spojrzenie na rolę, nawet jeśli jest to kolejne 150-te wykonanie, jest ogromnie ważne! Wczoraj na próbie do dzisiejszego Rigoletta w Zurychu rozmawialiśmy z Nello Santim i Leo Nuccim na ten właśnie temat. Niesamowita otwartość w podejściu obu wielkich artystów do kolejnego spektaklu i chęć znalezienia coraz to nowych detali ubarwiających interpretację opery, którą obaj wykonywali wielokrotnie (Leo Nucci śpiewał 430 razy partię Rigoletta!!!), świadczy dobitnie o tym, że nie ma mowy o rutynie na tym poziomie wykonawców, a praca nad rolą nie kończy się na 50 czy 200 spektaklu.!

– Przed premierą Łucji z Lammermoor mogliśmy zobaczyć Pana w Warszawie jako Księcia w Rigoletcie. W Pana wykonaniu nie jest on zwykłym uwodzicielem.

– Warszawski Rigoletto jest spektaklem przeniesionym z La Scali, gdzie miałem okazję śpiewać Księcia i pracować z reżyserem Gilbertem Deflo nad tą rolą. Nasze wersje pokrywały się w większości. Złożoność tej postaci, skomplikowany charakter Księcia, był tematem wielu naszych rozmów. Przedstawienie go jako lekkoducha i tylko bezmyślnego uwodziciela jest uproszczeniem. Aby ta wersja miała sens, należałoby skreślić arię Ella mi fu rapita z II aktu. To ona właśnie pokazuje drugą, wrażliwszą stronę postaci księcia Mantui.

– Czy ma dla Pana duże znaczenie w jakiej inscenizacji Pan występuje? Czego oczekuje Pan od reżysera?

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu reżyseria była sprawą drugo- czy nawet trzeciorzędną. Chodziło głównie o to, aby zorganizować akcję na scenie. W partyturach kompozytorzy wpisywali wskazówki co do akcji scenicznej, ułatwiając pracę reżysera. Libretta są w większości dość skomplikowanymi historiami, więc zadaniem inscenizacji było ułatwienie zrozumienia opery. Obecnie reżyseria często dominuje nad spektaklem, odchodząc od pierwotnej swej roli, komplikując wydarzenia na scenie do tego stopnia, że w efekcie trzeba w programach (coraz obszerniejszych) tłumaczyć, o co chodzi i co reżyser miał na myśli. Oczywiście od tych praktyk są odstępstwa. Na szczęście na poziomie najlepszych oper jak Met, Royal Opera House zdarzają się one dość często. Dla mnie nie ma to znaczenia, czy inscenizacja jest klasyczna, czy uwspółcześniona. Punktem kluczowym jest danie mi szansy opowiedzenia historii w wiarygodny i zrozumiały sposób, bo na tym polega mój zawód śpiewaka-aktora. Za umożliwienie mi tego byłem, jestem i będę wdzięczny każdemu reżyserowi!

– Wydał Pan niedawno solową płytę, ale ma Pan już na swym koncie nagrania zarówno CD, jak i DVD spektakli i koncertów. Czy planuje Pan dalsze nagrania?

– Jestem w tej uprzywilejowanej sytuacji, że śpiewając w Zurychu, operze, która od lat uwiecznia spektakle na DVD, miałem okazję uczestniczyć w tych produkcjach i tym sposobem powstała dość spora kolekcja nagrań z moim udziałem. Solowa płyta nagrana w Monachium dla Orfeo to mój pierwszy album, ale planowane są następne z innym repertuarem, mam też nadzieję, że ta i następne płyty będą do kupienia także w Polsce, z czym, jak słyszałem, są pewne problemy.

– Podkreśla Pan często rolę właściwego doboru repertuaru i dbałości o głos. Jak zachować proporcje między zbyt dużą a zbyt małą częstotliwością występów i jednocześnie planować rozwój repertuaru?

– To bardzo indywidualna sprawa. Najważniejsze jest zidentyfikowanie własnego głosu i przypisanie do właściwego repertuaru. Jest to bardzo skomplikowane, ponieważ nie tylko warunki głosowe i skala mają decydujące znaczenie, ale również charakter i temperament adepta sztuki wokalnej. Dopiero wszystkie te czynniki pozwalają ustalić odpowiedni tzw. FACH. Są zasady obowiązujące od początków opery, dotyczące doboru repertuaru, niestety łamane przez śpiewaków, z ciągle tym samym, katastrofalnym skutkiem. Moim credo jest: właściwa rola we właściwym czasie. Przesuwanie środka ciężkości repertuaru odbywa się stopniowo i trzeba zdać sobie sprawę z konsekwencji. W moim przypadku takie role jak Faust, Werter czy Riccardo (Bal maskowy) wykluczają jednoczesne śpiewanie Belmonta czy Elvina (Lunatyczka). Dobór ról w sezonie musi mieć pewne proporcje, więc aby zachować elastyczność głosu i jego świeżość, role „lżejsze” powinny przeplatać się z tymi uznanymi za gatunkowo cięższe, ale częstotliwość tych zmian nie powinna być zbyt duża, ponieważ przestawienie głosu na inny repertuar to proces trwający co najmniej kilka dni.

– Pana kariera jest przykładem konsekwentnej pracy nad osiąganiem jej kolejnych szczebli. W którym momencie na horyzoncie pojawiły się najważniejsze teatry operowe świata?

– Jeśli ma Pani na myśli La Scalę czy Met, to właściwie już w 2001 r. miałem propozycje z obu tych teatrów, ale inne kontrakty już podpisane uniemożliwiły mi debiut. Potem dostawałem propozycje ról mało interesujących, tak więc dopiero w 2006 mogłem po raz pierwszy tam zaśpiewać. Z ROH w Londynie było inaczej, ponieważ podpisałem kontrakt na Fausta w 2004 r. jednocześnie z Kawalerem róży – rola Śpiewaka, którym trzy miesiące przed Faustem mogłem „wypróbować” akustykę w Covent Garden.

– Co doradzałby Pan młodym artystom, którzy chcieliby pójść w Pana ślady?

– Cierpliwość! Nie wolno zapominać o tym, że tak zwana KARIERA trwa, lub powinna trwać 20, 30 lat i jest nierozerwalnie związana z ROZWOJEM, pod każdym względem – głosowym, psychicznym, emocjonalnym i fizycznym. Pracując z uwzględnieniem tego, zachowując zdrowy rozsądek, pokorę i obiektywne spojrzenie na własne poczynania artystyczne, dodając szczyptę szczęścia i ryzyka, można mieć względną pewność osiągnięcia czegoś w tym bardzo trudnym zawodzie.

– O jakie role chciałby Pan teraz poszerzyć swój repertuar?

– W minionym sezonie do swojego repertuaru dodałem Riccardo w Balu maskowym i Księcia w Rusałce Dvořaka, obie role z pogranicza tenora lirycznego, wskazujące kierunek rozwoju w stronę spintową. W tym roku Faust w Potępieniu Fausta Berlioza i to tyle, jeśli chodzi o role w kierunku bardziej dramatycznym. W następnych sezonach chciałbym skupić się na wypełnieniu pewnej luki w moim repertuarze i zaśpiewać Romea i Julię Gounoda i Manon Masseneta, spinając klamrą tą część francuskiego romantyzmu, zanim zajmę się Hoffmannem.

– Czy chętnie występuje Pan w repertuarze oratoryjno-kantatowym?

– Staram się w każdym sezonie nie zaniedbywać tej części repertuaru, ale ograniczam się do głównych dzieł oratoryjnych, jak Requiem Verdiego czy Dvořaka, Missa Solemnis Beethovena, itp.

– Nagrał Pan płytę z pieśniami Szymanowskiego – czy zdarza się Panu wykonywać na koncertach polskie pieśni?

– Projekt z pieśniami Szymanowskiego był raczej przypadkowy, niemniej staram się w miarę możliwości wplatać polskie pieśni w repertuar koncertowy. Przygotowuję właśnie recital pieśni, w którym chciałbym skonfrontować ze sobą niemiecki i słowiański sposób traktowania podobnej tematyki, na podstawie pieśni między innymi Schumanna, Karłowicza czy Szymanowskiego.

– Ma Pan w repertuarze Pasterza z Króla Rogera. Czy będzie można Pana usłyszeć w innym polskim repertuarze operowym?

– Na razie Pasterz pozostanie jedyną polską rolą w moim repertuarze, ale bardzo chciałbym ten stan rzeczy zmienić. Trudno przekonać dyrektorów oper do wystawienia polskiej opery, ale nie ustaję w wysiłkach i wierzę, że się uda.

– Kiedy będzie można ponownie usłyszeć Pana w Polsce?

– To najtrudniejsze pytanie ze wszystkich. Obecnie planuję sezon 2013-14, a propozycje z Polski zazwyczaj przychodzą na kilka miesięcy przed planowanym występem. Jest to duży problem, ale mogę obiecać, że Redakcja Trubadura dowie się jako jedna z pierwszych, jeśli się uda!

rozmawiała Katarzyna Walkowska